Kiedy zadajemy pytanie liderom służb czym się różni służba od władzy, odpowiedź jest szybka i uznawana za prostą. To prawda, że jest to pytanie, na które dość łatwo jest odpowiedzieć. W naszych współczesnych zespołach służb, nikt przecież nie uprawia „autorytarnej i dyktatorskiej” władzy duszpasterskiej.
Dużo trudniej jest pokazać bardziej zniuansowane różnice, które można opisać pytaniami bez użycia słowa „władza” – zamieniając je na słowo „wpływ”
- „Czy wpływ i służba w przywództwie to zawsze to samo?”
- „Czy powinien nas motywować w powołaniu tylko wpływ, czy tylko służba?”
- „Czy przywództwo powinno być tylko wpływem?”
- „Czy służba od wpływu czymś się różni, czy myślimy, że są to takie same postawy?”
Czy wpływ jest czymś złym?
W chrześcijaństwie pytanie brzmi raczej: „Czy wpływ powinien być celem, czy tylko owocem (skutkiem)?”
Największym zagrożeniem dla służby nie jest brak wpływu. Największym zagrożeniem jest uczynienie wpływu motywacją służby.
Dwa źródła – służba i wpływ. Pomieszanie serca z rękami.
Zanim zrozumiemy, dlaczego Jezus wybrał paradygmat służby, warto precyzyjnie zdefiniować, czym różni się ona od wpływu – bo z zewnątrz te dwie postawy potrafią wyglądać identycznie.
Służba to działanie z pozycji oddania i relacji. Daję z tego, co mam, bo zostało mi coś powierzone przez Pana. Motywacja jest głęboko wewnętrzna, relacyjna, bezwarunkowa. Nie oczekuję niczego w zamian. Spodziewam się nagrody „w górze”.
Kluczowe pytanie, jakie sobie zadaję, brzmi: „komu mogę służyć?”. Miarą służby jest dobro drugiego człowieka, nie moja nagroda, status i rozwijanie powołania.
Wpływ to działanie z pozycji owoców, wyników, efektów „przełożonych na innych”. Chcę kogoś nauczyć, zmienić, przekonać, poprowadzić, ukształtować. Motywacja może być szlachetna, ale zawsze jest w niej element osiągnięć. Miarą wpływu jest wynik i zmiana, jaką wywołuję na zewnątrz.
Kluczowe pytanie, jakie sobie zadaję, brzmi: „co chcę osiągnąć?”.
Kluczowa różnica:
Służba pyta: „Co jest potrzebne?”
Wpływ pyta: „Co chcę osiągnąć?”
Ale przecież Jezus mówił, że służba ma przynieść efekty, prawda? Jezus powiedział: „Czyńcie uczniami wszystkie narody”. Głoście ewangelię, uzdrawiajcie i uwalniajcie. Czy to były zadania z pozycji wpływu, czy służby? Efekty miały być dla Bożego Królestwa więc oznacza to, że było to zaproszenie do służby. Dlatego służba, a nie wpływ jest dobrym źródłem
Pytanie do refleksji: Zanim zaczniesz działać, pytasz siebie „co jest potrzebne?”, czy „co chcę osiągnąć?”
Jezus był pewien owoców. Efekty są ważne.
Jezus nie powiedział uczniom: „Przynoście owoce, żeby Ojciec was pokochał”. Jezus powiedział: „Trwajcie we Mnie”. Dopiero potem dodał: „Kto trwa we Mnie… ten przynosi wiele owoców” (J 15,5).
Owoce nie są źródłem relacji. To relacja jest źródłem owocu. To fundamentalna różnica.
Jezus wręcz mówił swoim uczniom, że brak owocu jest problemem. A więc efekty są ważne. Czytamy o tym w (Jana 15,8) „Po tym Ojciec mój będzie uwielbiony, że przyniesiecie obfity owoc…”
Spójrzmy na kilka przykładów:
1. „Idźcie więc i czyńcie uczniami wszystkie narody…” (Mt 28,19) – to polecenie misyjne, a oczekiwanym rezultatem jest powoływanie nowych uczniów.
2. „Głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu” (Mk 16,15) – celem jest głoszenie Dobrej Nowiny.
3. „Uzdrawiajcie chorych…” (Łk 10,9) – oczekiwanym skutkiem jest konkretna pomoc ludziom.
Zachęcamy się do przeczytania innego inspirującego tekstu na naszej stronie. W tym miejscu dowiesz się jak warto rozumieć przywództwo służebne.
Kiedy kościół gubi serce służby?
Łatwo odwrócić tę kolejność służby i wpływu. To rozróżnienie pomaga uniknąć instrumentalnego traktowania służby. W takim ujęciu serce sługi jest źródłem, natomiast wpływ jest możliwym skutkiem, a nie celem samym w sobie. Właśnie ta kolejność wydaje się jedną z najważniejszych różnic między chrześcijańskim rozumieniem służby a wieloma współczesnymi modelami przywództwa.
Istnieją chrześcijańskie interpretacje przywództwa służebnego, które odwróciły tę kolejność.
Autorzy piszą: jeśli będziesz służył, kościół wzrośnie liczebnie, będzie miał większy wpływ na świat, więcej ludzi rozpocznie służbę w kościele, a wspólnota będzie miała więcej środków finansowych na pomoc potrzebującym. To nie jest motywacja Jezusa. Jezus mówi: służ, bo Mnie kochasz. Służ, bo kochasz innych. Służ tym, którzy są głodni, chorzy, i głoś ewangelię. Nie: służ, bo dzięki temu urośnie twój kościół. To subtelna, ale fundamentalna różnica.
Nastawienie serca ma realne, długofalowe konsekwencje i to niezależnie od tego, jak podobnie obie postawy wyglądają na zewnątrz przez pierwsze miesiące czy lata.
Dlaczego tak wielu liderów służby czuje się zmęczonych, niewidzialnych i niedocenionych?
Odpowiedź często zaczyna się od jednego, drobnego przesunięcia akcentu z serca na wyniki. Nastawienie serca na wyniki prowadzi w konsekwencji do lęku i niepokoju, gdy liczby przestają się zgadzać. Ludzi zaczynamy wtedy traktować instrumentalnie jako „potencjał” do zagospodarowania, a nie osoby do kochania. Taka miłość szybko się wypala, bo wartość własna i wartość innych w służbie zaczyna zależeć od rezultatów, na które nie zawsze mamy wpływ.
Stąd bierze się zmęczenie. Z zestawiania siebie z wynikiem, który nigdy nie jest wystarczający wypływa poczucie wypalenia. Stąd bierze się również poczucie niewidzialności, bo uwaga krąży wokół efektów a człowiek, który wiernie służy łatwo znika z pola widzenia. I stąd bierze się poczucie niedocenienia, bo w kulturze, która mierzy wartość wynikiem, brakuje języka, by nazwać wartość wierności, która nie przełożyła się jeszcze na nic mierzalnego.
Pogłębiając temat zdrowego przywództwa warto przeczytać książkę pt. „Władza, która rani”
Nastawienie serca na służbę prowadzi do zupełnie innych konsekwencji:
- do wierności, która trwa także wtedy, gdy nikt nie patrzy i nie ma żadnych wymiernych efektów do pokazania
- do wolności od wypalenia, bo poczucie wartości nie zależy od wyniku
- do autentycznej troski o pojedynczego, konkretnego człowieka, a nie tylko o statystyki wzrostu
- do pokoju serca nawet w sezonach, w których kościół się nie powiększa
- do pokory, bo znika potrzeba porównywania się z innymi liderami czy wspólnotami
To właśnie brak tej ostatniej rzeczy – pokory – tłumaczy, dlaczego relacje między liderami w kościele tak często naznaczone są cichą rywalizacją zamiast współpracy: liderzy porównują wyniki swojej służby, bo nauczyli się mierzyć siebie tą samą miarą, jaką mierzy ich świat.
W chrześcijaństwie służba nie jest strategią zdobywania wpływu. Jest odpowiedzią serca na miłość Boga. Wpływ może się pojawić jako owoc wiernej służby, ale nigdy nie powinien stać się jej motywacją.
Celem Jezusa było zbawienie konkretnych ludzi: zagubionych, uciśnionych, grzeszników, więźniów, chorych. Do tego celu służba była właściwym narzędziem.
To rozróżnienie ma bardzo praktyczne znaczenie dla każdego, kto dziś prowadzi innych – w kościele, w pracy, w rodzinie. Pytanie nie brzmi „czy mam wpływ”, bo wpływ może być naturalnym owocem każdej relacji i każdej roli. Pytanie brzmi: co jest moim celem, gdy działam – dobro drugiego człowieka, czy zmiana, jaką chcę w nim wywołać dla siebie?
Kiedy służba przestaje być służbą. O wpływie, wykorzystywaniu i walce o uznanie w kościele.
W codziennym życiu kościoła te dwie postawy łatwo pomylić, bo z zewnątrz mogą wyglądać tak samo.
Kiedy służba jest celem, wygląda to na przykład tak:
- lider odwiedza chorą osobę w szpitalu, bo ona potrzebuje obecności a nie dlatego, że ktoś to zobaczy
- lider małej grupy rezygnuje z rozmowy tym jak zorganizować piknik dla dzieci z kościoła, bo bo widzi, że ktoś w grupie od przeżywa kryzys i potrzebuje relacji
- ktoś odpowiedzialny sprząta salę po nabożeństwie bez potrzeby podziękowania co tydzień
- ktoś inny rozmawia z trudną osobą, odrzuconą przez innych gdyż jest ważna, nie dlatego, że ta rozmowa coś mu da
- ktoś oddaje prowadzenie uwielbienia komuś początkującemu, bo jego powołanie nie jest najważniejsze
Kiedy celem staje się wpływ, wygląda to inaczej, choć często równie „duchowo”:
- ktoś angażuje się intensywnie, ale kiedy poprosi o wsparcie lub urlop – wtedy odpada
- ktoś „służy” nowym osobom szczególnie, ale tylko tym, które mają potencjał lub pozycję
- kazania są świetne, ale dobór tematów ma budować autorytet mówcy
- małe grupy są zorganizowane tak, by lider wiedział, co się w nich dzieje – kontrola pod pozorem troski
- modlitwa za innych jest zawsze publiczna, bo buduje wizerunek człowieka modlitwy
Siedemdziesięciu dwóch: gdy radość z wyniku staje się radością …. z relacji?
Jest w Ewangelii pewna scena, która stanowi niemal podręcznikowy przykład tego rozróżnienia. Jezus wysyła siedemdziesięciu dwóch uczniów, by przygotowywali drogę przed Nim do miast, które miał odwiedzić (Łk 10,1). Gdy wracają z misji, są podekscytowani jej skutkiem czyli objawioną mocą Bożą, widocznymi efektami służby: „nawet złe duchy nam się poddają” (Łk 10,17).
Jezus natychmiast przekierowuje ich radość – z wyniku na relację. Nie na to, co osiągnęli, ale na to, kim są w tożsamości Jego synów: „Nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się, że wasze imiona zapisane są w niebie” (Łk 10,20).
W innym miejscu Pisma Świętego czytamy, że mamy służyć Panu z radością (Ps 100,2). Zestawione z tą sceną, dwa fragmenty pokazują, że prawdziwa radość nie może wypływać z wyników służby, lecz z tego, że możemy być Jego synami i córkami. Jezus w tym momencie jakby przypomina siedemdziesięciu dwóm uczniom, że źródłem ich radości ma być On sam, a nie liczba rzeczy, które udało im się dokonać.
Najtrudniejszy przypadek to sytuacja, gdy wpływ wygląda jak służba i odwrotnie.
Lider, który mówi „służę”, ale w rzeczywistości napędza go strach przed utratą pozycji. Na zewnątrz wygląda to jak służba, ale w środku jest wpływ.
Pytanie do refleksji: Czy jest w Twoim życiu obszar służby, w którym gdybyś był(a) ze sobą szczery/szczera – motorem jest raczej lęk o pozycję niż troska o drugiego człowieka?
Jezus nie przyszedł po to, by zdobyć zwolenników, ale po to, aby powołać naśladowców
Ten sam mechanizm widać jeszcze wyraźniej, gdy spojrzymy na różnicę między zwolennikiem a naśladowcą.
Zwolennik jest zależny od poparcia i popularności lidera i jest wierny, dopóki ten „się opłaca”, ma sukces, inspiruje, daje poczucie przynależności. Gdy poparcie słabnie albo pojawia się trudniejsza droga, zwolennik odchodzi, bo jego więź nigdy nie była zbudowana na relacji.
Naśladowca podąża za Mistrzem z miłości, bez względu na cenę. Nie potrzebuje potwierdzenia w postaci sukcesu czy popularności Mistrza, bo jego lojalność nie jest transakcją, tylko odpowiedzią serca.
Widać to wyraźnie w Ewangelii Jana, gdy po trudnym nauczaniu „wielu spośród Jego uczniów się wycofało i już z Nim nie chodziło” (Jan 6,66). Jezus wtedy nie zatrzymuje ich łatwiejszą obietnicą, żeby odzyskać popularność, ale pyta wprost Dwunastu: „czy i wy chcecie odejść?” (J 6,67). Piotr odpowiada w sposób, który jest właściwie definicją naśladowcy: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego” (Jan 6,68).
Służba prowadzi do powołań tych, którzy idą po nas. Pojawiają się naśladowcy. Wpływ bardzo często prowadzi do powiększania grona „najemników”.
Skoro Jezus konsekwentnie wybierał służbę i powołanie naśladowców, logiczne pytanie brzmi: jakie były Jego wyrażane publicznie cele? Odpowiedź nie jest ukryta. Jezus wielokrotnie mówił publicznie i bardzo wprost, po co przyszedł. I za każdym razem, niezależnie od użytych słów, mówił bardzo jasno o zbawieniu ludzi i naśladowców (uczniów).
Najbardziej syntetyczne podsumowanie tego celu znajduje się w ewangelii Łukasza: „Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10). To zdanie, wypowiedziane w domu Zacheusza, jest niemal definicją całej misji w jednym wersecie. Szukać zagubionych i ich zbawić.
Wpływ mierzy się liczbą zwolenników. Uczniostwo mierzy się liczbą ludzi, którzy sami zaczynają naśladować Chrystusa.
Ten sam cel Jezus formułuje te tutaj: „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby mu służono, lecz aby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,45; Mt 20,28). To zdanie łączy oba wątki tego artykułu w jednym miejscu – służbę i cel misji. Służba nie jest alternatywnym sposobem działania, ale stylem życia Jezusa w Jego misji zbawienia.
Apostoł Paweł ujmuje to samo jako credo wiary: „Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników” (1 Tym 1,15). Dla wczesnego Kościoła to zdanie było fundamentalne.
Jezus opisuje ten cel także pozytywnie, nie tylko jako ratunek od czegoś, ale jako danie czegoś: „Ja przyszedłem po to, aby [owce] miały życie, i miały je w obfitości” (J 10,10). Zbawienie w tym ujęciu nie jest wyłącznie uniknięciem zguby, ale jest pełnią życia, którą Jezus przynosi.
Najbardziej szczegółowy, niemal programowy opis tego celu Jezus wygłasza na samym początku swojej publicznej działalności, w synagodze, cytując proroka Izajasza i odnosząc słowa wprost do siebie: „Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnymi, abym obwoływał rok łaski od Pana” (Łk 4,18-19). Nie ma w nim ani słowa o ilości zwolenników, pełnionej pozycji i autorytecie władzy. Jezus wylicza owce, którym ma zostać przyniesiona wolność i dobra nowina.
Nawet w rozmowie z Piłatem Jezus wciąż definiuje swój cel w tych samych kategoriach, tyle że od strony prawdy: „Ja się (…) narodziłem, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18,37). A Jan w swoim liście dodaje jeszcze jeden wymiar tego samego celu, tym razem od strony konfrontacji ze złem: „Syn Boży objawił się po to, aby zniszczyć dzieła diabła” (1 J 3,8).
Zestawione razem, te fragmenty nie opisują różnych misji służby. Opisują jedną misję z różnych stron.
- dać życie wieczne
- zbawić grzeszników
- szukać zagubionych
- służyć i oddać życie jako okup
- dać życie w obfitości
- głosić wolność uciśnionym
- świadczyć o prawdzie
- zniszczyć dzieła zła
Wszystkie te zdania spotykają się w jednym punkcie zbawienia człowieka, a nie w zbudowaniu wpływu, instytucji czy pozycji.
Naśladowcy nie są celem samym w sobie. Są owocem wiernego głoszenia Ewangelii i formowania uczniów, a nie budowania własnej popularności. Dzięki temu centrum pozostaje Chrystus, a nie lider.
Pytanie do refleksji: Gdybyś miał(a) opisać cel własnej służby jednym zdaniem, tak jak robił to Jezus, czy brzmiałoby ono bliżej „aby inni zyskali życie”, czy „aby inni mnie docenili”?
Jednym z największych wyzwań współczesnego przywództwa [ także w Kościele] jest pomylenie źródła, misji i owocu. Jezus nigdy nie zrezygnował z oczekiwania konkretnych rezultatów. Posyłał uczniów, aby głosili Ewangelię, uzdrawiali chorych, uwalniali zniewolonych i czynili uczniami wszystkie narody. Oczekiwał owocności, ale nie uczynił jej źródłem motywacji.
W centrum Jego nauczania zawsze pozostawała relacja z Ojcem, przemiana serca i miłość, z której rodzi się służba. Misja była naturalnym wyrazem tej postawy, a jej owocem przemienione życie ludzi i rozwój Królestwa Bożego. To zasadniczo odróżnia chrześcijańskie rozumienie przywództwa od wielu współczesnych modeli, w których wpływ staje się celem samym w sobie.
W Ewangelii wpływ nie jest wartością, którą należy zdobywać, lecz konsekwencją wiernej służby. Jezus nie budował swojej popularności ani grona zwolenników raczej prowadził drogę uczniów, którzy byli gotowi podążać za Nim z miłości i z kosztami. Dlatego chrześcijańskie przywództwo nie zaczyna się od pytania: „Jak zwiększyć swój wpływ?”, ale od pytania: „Komu Bóg posyła mnie, abym wiernie służył?”.
Gdy źródłem pozostaje miłość, misją jest służba, a celem chwała Boga i dobro drugiego człowieka, wtedy wpływ staje nie jest ambicją lidera, lecz owocem działania Boga przez wiernego ucznia.
Pytania na zakończenie
1. Czy potrafisz wskazać w swoim życiu jeden konkretny akt służby z ostatniego tygodnia, który nikt poza tobą nie zauważył?
2. Gdyby ktoś obserwował twoje działania z zewnątrz, czy odróżniłby, kiedy służysz, a kiedy budujesz wpływ?
3. Który z wersetów o celu misji Jezusa najbardziej rezonuje z tym, do czego czujesz się powołany/powołana i dlaczego akurat ten?
4. Co by się zmieniło w służbie, gdybyś całkowicie przestał/przestała myśleć o wpływie, jaki ona buduje?